poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 6

~Zanim przeczytasz~
Dziękuję że jesteś :)

„Proszę, nie”- moje myśli błagały o wybawienie, wyrażając chęć natychmiastowej ucieczki. Mimo wszystko, przez grzeczność odwróciłam się twarzą do dziewczyny. Naprawdę nie miałam ochoty nawiązywać nowych znajomości w najgorszym momencie mojego życia.
- Jestem Amber, a ty?- powtórzyła. Zapewne uważałam mnie za osobę z problemami słuchowymi.
- Emm… - zastanawiałam się czy nie powiedzieć, że się śpieszę, pozwolić zagościć krwawemu kolorowi na moich policzkach i po prostu odejść, ale nie mogłam. Dziewczyna wpatrywała się we mnie, cierpliwie oczekując odpowiedzi.- Grace. – mój wzrok spoczywał na chodniku, co dawało dziewczynie szansę do rozwinięcia naszej rozmowy.
- Widzę, że nie masz ochoty na rozmowę…- „Naprawdę? Nie możliwe! JA? Błagam…”; moje myśli rzucały w stronę Amber dosyć obraźliwe teksty, których w życiu nie miałabym odwagi wypowiedzieć. – Może chcesz iść ze mną na kawę? Zaraz za rogiem jest taka miła kawiarenka…
-Nie!- przerwałam jej, nie dając szansy na dokończenie zdania. W życiu nie wrócę tam, kiedy wiem, że pan „jestem bezczelny i wiem o tym, ale gówno mnie to obchodzi” tam jest.- To znaczy… śpieszę się właśnie na zajęcia, więc… Do zobaczenia…- rzuciłam szybko w stronę szatynki i odwróciłam się, zwarta i gotowa do ucieczki z tego podłego miejsca.- …może- rzuciłam szybko pod nosem, wykonując pierwszy krok.
- Zaczekaj, masz może teraz chemię? Widzę, że masz w torbie podręcznik. Może pójdziemy razem do klasy? – Dziewczyno, ostrzegam Cię, mój mózg ma o Tobie coraz gorsze zdanie.
Odwróciłam się powoli w stronę dziewczyny, która chyba kompletnie nie rozumiała, co znaczą zwroty „zostawić w spokoju” i „dać odrobinę prywatności”. Moja zrezygnowana mina mówiła chyba sama za siebie, ale najwyraźniej Amber nie zauważała tego.
- Emm…- Zaczęłam niepewnie, mając nadzieje, że dziewczyna się wycofa i pozwoli mi odejść. Dalej czułam, że moje oczy są czerwone, ale to nieprzyjemne uczucie łez balansujących na krawędzi oczu poszło w zapomnienie, kiedy musiałam skleić sensowną odpowiedź z moich rozwianych myśli. – Okej. – odpowiedziałam zrezygnowana, widząc, że moja nowa znajoma nie da za wygraną. Ruszyłam powoli w stronę wejścia do szkoły. Nim się obejrzałam Amber znalazła się tuż obok mnie, opowiadając o sobie, abyśmy się „lepiej poznały” . Potakiwałam i od czasu do czasu się lekko uśmiechałam, aby wywrzeć wrażenie zainteresowanej. Cały czas moje myśli skierowane były ku brunetowi, który tak okropnie potraktował mnie w kawiarni. Czy on w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że inni mają uczucia? To, że on nie przejmuje się słowami czy gestami innych, nie znaczy, że cała ludzkość jest taka jak on. Mógłby chociaż udawać, że nie jest wredny. Dopiero teraz zorientowałam się, że nawet nie znam jego imienia, kiedy on wie chociażby gdzie mieszkam…
- Grace?- zapytała Amber wyrywając mnie z zamyślenia. Stałyśmy na środku chodnika: ja jeszcze do niedawna wpatrzona w nicość, ona – wymachująca rękami przed moją twarzą, próbując nawiązać ze mną kontakt. – Wszystko okej?- zapytała.
- Ech… tak… przepraszam… - powiedziałam, przeczesując ręką włosy.
- Oh, okej. Więc… gdzie urwała Ci się rozmowa?- pytała mnie, kiedy próbowałam otrząsnąć się z resztek moich myśli.
- Hmm… Kiedy mi się przedstawiłaś.- odpowiedziałam szczerze. Szatynka roześmiała się.
- Naprawdę, jestem aż tak nudna?- mówiła, kiedy uśmiech nie znikał z jej twarzy. Spodziewałam się innej reakcji: myślałam, że obrażona moim rozkojarzeniem, odwróci się na pięcie i zostawi mnie tutaj samą, a ona… po prostu się śmiała.
- Nie, nie po prostu… ja…- próbowałam wymyślić coś, co zapobiegłoby pojawieniu się rumieńców na moich policzkach. Jednak już było po fakcie….
- Nic się nie stało. Bardzo dużo osób już mi powiedziało, że mówię rzeczy kompletnie bez sensu i że potrafię zanudzić na śmierć, że jestem nudna, że za dużo mówię, że…
- Mieli święta rację.- wypaliłam, z małym uśmieszkiem na twarzy. Szczerość przy tej dziewczynie, to pestka. Jest tolerancyjna. Może spotkanie jej, nie jest jednak karą zesłaną z nieba?
- Najwyraźniej.- dziewczyna jeszcze bardziej roześmiała się na mój komentarz. Niechybnie poprawiła mi humor. Jej śmiech był taki.. beztroski…
Doszłyśmy do sali numer 514, śmiejąc się z gadulstwa Amber. Opowiedziała, jak to kilka razu jej niewyparzony język wpakował ja w niezłe kłopoty, między innymi jak to wylądowała na dywaniku u dyrektora, za komentowanie strojów nauczycieli. W końcu zaczęłam szczerze się śmiać i naprawdę słuchać. Cieszyłam się, że nie muszę dużo mówić: Amber świetnie radziła sobie sama. Tylko od czasu do czasu wtrąciłam swój krótki komentarz, zachęcając ja do kontynuowania. W końcu zajęłyśmy miejsca przy jednym ze stanowisk przy oknie. Zdjęłam torbę z ramienia, wieszając ją na krześle. Moje włosy wylądowały na lewym ramieniu, kiedy prawą ręką bawiłam się kolczykiem. Amber zapytała mnie kilkakrotnie o moje zainteresowania, kiedy wreszcie przestałam myśleć o tym, że chyba kiedyś widziałam ją na lunchu i na chemii. Myślę, że kilka razy zdarzyło mi się dostrzec jej długie włosy w tłumie pozostałych uczniów.
- Lubię tańczyć… i jeździć na…
- Oh, tańczysz? To świetnie się składa! Mam mnóstwo znajomych, który też tańczą! Należysz do  cheerleaderek?- zapytała wyraźnie zaintrygowana tematem.
- Nie… Nie o takim tańcu mówię… Głównie pasjonuję się tańcem nowoczesnym.- powiedziałam nerwowo bawiąc się rękoma, w oczekiwaniu na jej reakcję.
- Oh…- powtórzyła. Zapewne miała zamiar jeszcze coś dodać, ponieważ jej usta już się rozchylały, ale krótkie „Zająć miejsca” przeszkodziło jej.
Minęła prawie połowa lekcji, kiedy drzwi sali gwałtownie się otwarły. Nie przejęłam się tym zbytnio i dalej rozwiązywałam zadanie. Nagle Amber szturchnęła mnie łokciem. Podniosłam wzrok i zobaczyłam delikatny uśmiech na jej twarzy. Przechyliłam głowę lekko na lewo, nie wiedząc o co jej chodzi. Dalej byłam nisko pochylona nad notatkami, trzymając w ręku czarny długopis. Amber skinęła głową w kierunku drzwi, dając mi wyraźnie do zrozumienia, ze mam spojrzeć w tamta stronę. Powoli odwróciłam głowę, czego zaraz pożałowałam. Moje oczy zdążyły zarejestrować loki, wysoką sylwetkę, blade policzki i mocno zaciśnięta szczękę, zanim opuściłam głowę w dół, patrząc bez celu na kartki, na których jeszcze pięć sekund temu tak gorąco pisałam. Długopis prawie wypadł mi z dłoni, czemu zapobiegłam mocniej zacieśniając rękę. Widziałam jak wysoki brunet przemierza sale bez słowa, usadawiając się gdzieś na tyłach.
- No, no, panie Styles! Czym sobie zasłużyliśmy na taki zaszczyt?- powiedział pan Watson, zdejmując z nosa swoje okulary.- Liczę na rozsądne wytłumaczenie twojego spóźnienia.- powiedział, opierając się o biurko. W tym momencie moja głowa odwróciła się, aby zobaczyć reakcję „pana Styles’a”. Co cóż… Teraz przynajmniej wiem jak ma na nazwisko. Szczęka bruneta jeszcze bardziej się zacieśniła na słowa nauczyciela. Po chwili odpowiedział:
- Samochód mi się zepsuł.- powiedział, przeczesując ręką włosy. Jasne. I musiał przejechać samochodem te 500 metrów, żeby dostać się do szkoły. Taa...
- Słabe wytłumaczenie.- Watson zaczął się śmiać, a w ślad za nim poszła większość uczniów. Ucichli jednak, kiedy chłopak posłał im śmiercionośne spojrzenie.
- Może pan sobie darować.- wymruczał.- D* na zakończenie semestru mi wystarczy.  
- Już teraz możesz zacząć się modlić, abyś wyciągnął na D.- mówił nauczyciel z jadem w głosie, wracając do lekcji. Brunet opuścił głowę, utrzymując wzrok na swojej dłoni. Nie zdawałam sobie sprawy, że cały czas patrzę w jego stronę. Szybko odwróciłam wzrok, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, że coś było nie tak. Kątem oka, widziałam jak Amber zaczęła coś gorączkowo skrobać na swojej kartce. Po chwili podsunęła mi ją, a moim oczom ukazały się małe litery:
Wiesz kto to? – tak wiem: człowiek którego nienawidzę.
Nie. – odpisałam podsuwając szatynce kartkę. Nie jestem pewna, czy chce wiedzieć kim jest ów osobnik. Amber znowu zaczęła coś szybko pisać.
JAK TO?! – moje trzy kropki były odpowiedzią na wszystko.
Harry Styles – jeden z najprzystojniejszych chłopaków w całej szkole. Jak możesz nie wiedzieć?! Boże, jaki on jest gorący… Zaraz zemdleję… - Uśmiechnęłam się pod nosem, czytając wywody Amber. Przynajmniej dzięki niej dowiedziałam się jak ma na imię. Odwróciłam lekko głowę: ewidentnie Harry patrzył w ta stronę – to było nie zaprzeczane.
Pozostawiam Cię z twoja rosnącą samooceną, gdyż „pan gorący” właśnie gapi się w tą stronę. – odpisałam, wracając do opuszczonego zadania. Amber zaraz po przeczytaniu mojej wiadomości odwróciła głowę do tyłu. Brunet najwyraźniej dalej patrzył w nasza stronę, ponieważ policzki Amber zalały się czerwienią.

*D - w Ameryce jest inna tabela ocen; w Polsce 'D' może uznać jako 3 :)

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział 5

~Zanim przeczytasz~
Przepraszam za okropnie długa przerwę w blogowaniu, spowodowaną duża ilością nauki oraz moim lenistwem. Ogólnie w tym rozdziale doszła nowa postać ( w następnym tez będą) więc jeżeli jesteście ciekawi, kto jest kim, to wszystko macie w zakładce "Bohaterowie". Miłego czytania ;)
Dziękuję, że jesteś :* (zmiana koloru czcionki! :D )


Obudziłam się o szóstej nad ranem. Mimo ciężkiej nocy, mój organizm nie odczuwał zmęczenia. Leżałam kilka minut, czekając aż obudzę się do końca. Po jakiś 10 minutach ruszyłam w stronę łazienki. W high school miałam być dopiero na dziewiątą, więc miałam jeszcze sporo czasu. Kiedy gorące krople wody spływały z mojego ciała, myślałam o wczorajszej rozmowie z Aną w drzwiach mojego pokoju. Czemu tak bardzo jej zależało żeby tata się dowiedział? Przecież to i tak nic nie zmieni. Aha, no tak, zapomniałam; przecież Ana to Ana. Ona nie może dać spokoju.
Pod prysznicem spędziłam równą godzinę. Owinęłam się ręcznikiem, a mokre włosy opadały mi na plecy. Już dawno planowałam je ściąć, były stanowczo za długie, jednak nie miałam serca. Po prostu było mi ich szkoda. Wyciągnęłam z szafy pierwszą lepszą bluzkę w kwiatowy wzór, do tego najzwyklejsze spodenki i vansy we wzorze podobnym jak na bluzce. Nie starałam się wyglądać jakoś powalająco i całkiem dobrze mi to wychodziło. Wróciłam do łazienki, gdzie po założeniu ubrań zajęłam się suszeniem włosów. Włosy powoli zaczęły się skręcać na końcach, a kiedy były już całkiem suche, powstały całkiem przyzwoicie wyglądające fale. Postanowiłam zostawić je takimi, jakimi są. Delikatny trzyminutowy makijaż, sprawił że małe wory pod oczami zniknęły, jak reszta niedoskonałości mojej twarzy. Wróciłam do pokoju zabierając telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się jedno nieodebrane połączenie od Niall’a. Natychmiast do niego oddzwoniłam.
- No hej, co tam?- zapytałam, zaraz po tym, jak dźwięk sygnału zniknął.
- Cześć. Dzwoniłem, żeby ci powiedzieć, że dzisiaj nie będę mógł Cię zabrać do szkoły. Mam ważny wyjazd z mamą, nie będzie mnie dzisiaj w high school. – mówił swoim lekko ochrypniętym głosem, w którym można było usłyszeć szczerą troskę. Przytaknęłam, na co blondyn zaczął dramatyzować i gorąco mnie przepraszać. Postanowiłam natychmiast mu przerwać.
- Błagam Cię, daj spokój! Nie zachowuj się jak kobieta z okresem. Nie traktuj mnie jako swój obowiązek. Nie chcę być nieuprzejma, ale mam już osiemnaście lat i jakoś sobie poradzę.- powiedziałam z wyrzutem w głosie.
- Okej, przekonałaś mnie.- powiedział, po czym szybko się pożegnaliśmy. Nim się obejrzałam była już siódma trzydzieści, więc mogłam spokojnie zejść na śniadanie, bez obawy, że kogoś obudzę. Gdy byłam na przedostatnim stopniu, usłyszałam trzask drzwi wejściowych. Tylko jedna osoba w tym domu trzaska tak głośno drzwiami.
Weszłam do kuchni witając się z tatą, który kończył pić swoją kawę. Kiedy wyciągałam jogurt z lodówki, niespodziewanie nawiązaliśmy konwersację.
- Grace, mam wielką prośbę.- zaczął, po czym popatrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami. Uśmiechnęłam się lekko, na znak, że może kontynuować. – Chciałbym wam dzisiaj kogoś przedstawić, kogoś, kogo Ty i Ana powinniście znać już dawno temu, ale po prostu nie było okazji. Chciałbym przyprowadzić tego gościa dzisiaj na obiad, ale…
- Ale nie mamy nic do jedzenia i chciałbyś, żebym coś zdziałała.- oszczędziłam mu męki przy proszeniu mnie o przygotowanie obiadu.
- Tak, jeżeli to nie byłby kłopot…
- Rodzina nigdy nie będzie dla mnie kłopotem. – odpowiedziałam, posyłając mu ciepły uśmiech, co zaraz odwzajemnił. Wykorzystując mój wolny czas przed szkołą, szukam sensownego przepisu na porządny obiad. Postanowiłam przygotować latanię, chociażby dlatego, że to jedyne danie, które nadaje się na obiad i potrafię to przyrządzić. Szybko zamówiłam potrzebne produkty, żeby nie biec po szkole do sklepu. Kurier powinien dostarczyć wszystko zaraz po 14, czyli kiedy już będę w domu. Kiedy spojrzałam na zegarek, była ósma, czyli musiałam wychodzić, żeby złapać bus do szkoły. Zabrałam swoją torbę i klucze, po czym wyszłam z domu i zaczęłam rozglądając się za małym autobusem.
Siedziałam na siedzeniu obok okna, a licealiści przekrzykiwali się nawzajem. Podpierałam ręką podbródek i patrzyłam jak drzewa uciekają mi sprzed oczu. Moje myśli wciąż krążyły wokół porannej rozmowy z moim ojcem. Kogo chce nam przedstawić? Czy to takie ważne, że musimy poznać tego kogoś u nas w domu, jedząc razem obiad? Wydawało mi się to co najmniej dziwne.
Stanęłam w kolejce do ciasnego wyjścia z busa, spokojnie czekając aż chmara moich rozwrzeszczanych rówieśników wyjdzie przodem. Miałam jeszcze co najmniej godzinę do zajęć, więc nie musiałam się śpieszyć. Z tego co się nauczyłam przez ten miesiąc szkoły, za rogiem ulicy powinna być mała kawiarenka, do której zamierzałam zajrzeć. Kiedy byłam jakieś pięć metrów od wejścia do kawiarni, zobaczyłam wysokiego chłopaka z burzą loków na głowie. Mimowolnie tempo moich kroków się zwiększyło. Popchnęłam szklane drzwi, które łatwo ustąpiły i zaczęłam szukać dogodnego miejsca. W końcu dostrzegłam wolny stolik pod ścianą, więc szybko go zajęłam. Ku mojemu zdziwieniu kelnerka błyskawicznie zjawiła się obok mnie, pytając o zamówienie. Zdecydowałam się na herbatę z lodem, a dziewczyna skrupulatnie notowała w swoim notesie wszystko, co zamówiłam. Kiedy odeszła, usadowiłam się wygodniej na krześle. Było tutaj bardzo przytulnie, mnóstwo licealistów stało w kolejce przy ladzie, co chwilę rzucając chciwe spojrzenie na zajęte stoliki. Nie wiem jakim cudem udało mi się usiąść w takim tłumie ludzi. Odwróciłam głowę, słysząc ponowne pchnięcie drzwi, które aż zaskrzypiały w odwecie. W końcu zauważyłam znane mi loki. Odwróciłam wzrok w panice. Zaczęłam bawić się serwetką na stoliku, aby tylko nie spojrzeć w stronę drzwi. Spuściłam wzrok na ziemię, kiedy usłyszałam zbliżające się kroki. Dlaczego nagle cała zaczęłam się trząść? Co się dzieje?!
Już parę sekund później, białe conversy przemknęły obok, zajmując miejsce naprzeciwko mnie. Słysząc lekkie szurnięcie krzesła, spowodowane jego nagłym przysunięciem bliżej stołu, podniosłam wzrok. Moje oczy spotkały jego, co odebrało mi 75% mojej odwagi, na której nadmiar nie narzekałam. Nie wiedziałam co zrobić ani co powiedzieć, dlatego dalej patrzyłam mu w oczy, dzielnie zmagając się z jego spojrzeniem. Nie wyglądał na osobę, która ma zamiar nawiązać jakąkolwiek konwersacje. Szybko się odezwałam, gdy jego oczy zaczęły się rozszerzać. To tak, jakby bawił się ze mną w „kto pierwszy mrugnie”.
- Czego chcesz?- zapytałam z największą ilością jadu w głosie, na jaką było mnie stać.
- Nie musisz mi psuć poranka swoimi nieudanymi sarkazmami.- w jego głosie wyraźnie słyszałam kpinę, ale nie chciałam odpuścić.
- Wypraszam sobie. Ja nie przychodzę do czyjegoś domu i nie całuję się z kim popadnie.- powiedziałam, dumna z tego, że mam dzisiaj wyjątkowo udany dzień. Do tej pory udało mi się odepchnąć strach na bok, a zająć się istotnymi teraz sarkazmami.
- Dalej rozpamiętujesz tę drobnostkę?- uśmiechnął się, nie spuszczając ze mnie wzroku.- Nie łatwiej by było po prostu skończyć ta dziecinadę?- najwyraźniej  czekał z zainteresowaniem na moją reakcję. Co on sobie myślał?! Że niby ja jestem wszystkiemu winna?!
- Co ty sobie do cholery wyobrażasz?!- mój ton głosu podniósł się o kilka decybeli.- Jesteś co najmniej bezczelny!-  powiedziałam, a moja ręka samoczynnie ścisnęła serwetkę. Jego uśmiech rósł z sekundy na sekundę. W końcu się odezwał.
- Wiem o tym. Ty też taka jesteś.- mówił nachylając się lekko w moją stronę, tak, żeby nikt nas nie usłyszał.- Przecież widziałam, jak patrzyłam na mnie na lunch’u.- powiedział mrugając do mnie jednym okiem. Nie wytrzymałam. Moje dłonie zacisnęły się mocno na blacie stolika, który zadrżał pod siła mojego uścisku.
- Nie. Nie wywracaj kota ogonem i nie mów mi, że jestem taka jak Ty, bo to nie prawda!- mój głos stopniowo przechodził w krzyk. Kilka głów odwróciło się w naszą stronę, kiedy ze złością wyrażałam swoja opinię na temat zaistniałej sytuacji. Zignorowałam to patrząc prosto w oczy człowieka, którego w tej chwili tak bardzo nienawidziłam. Ogólnie bardzo go nienawidziłam. On natomiast, w przeciwieństwie do mnie, odwrócił się w stronę zerkających na nas ludzi i po zorientowaniu się w sytuacji, powrócił do mnie wzrokiem, z uśmiechem jeszcze większym, niż na początku naszego spotkania.
- Chcesz się ze mną kłócić, czy po prostu wyjdziemy i załatwimy tę sprawę w nieco bardziej łagodny sposób, z nutką erotycznego podtekstu?- zapytał znów mrugając do mnie, na co wstałam oburzona jego słowami.
- Co Ty sobie do cholery wyobrażasz?! Skąd się wzięła u Ciebie tak wysoka samoocena?! – krzyczałam, żywo gestykulując rękami. Teraz praktycznie wszyscy patrzyli w naszym kierunku, myśląc zapewne, że jest wariatką po przejściach, ale wtedy mnie to nie obchodziło. Najchętniej podeszłabym do palanta, siedzącego naprzeciw mnie i uderzyła go w twarz, tak, że, jego uśmiech wyparowałby natychmiast. On odwrócił się w stronę naszej „widowni” odpowiadając głosem nienaturalnie cichym, w porównaniu do mojego:
- Nie rób mi scen, w mojej ulubionej kawiarni.- Tego było już za wiele. Wściekła wyciągnęłam z torby portfel, rzucając pieniędzmi o stół, w możliwie szybkim tempie. Ostatni raz rzuciłam mu przesycone ostrością spojrzenie, po czym wybiegłam z kawiarni. Łzy powoli zaczęły zbierać się w kącikach moich oczu. Byłam naprawdę mocno wkurzona, a do tego on zwalił na mnie poczucie winy, za to wszystko. Nieświadomie napotkałam przeszkodę na mojej drodze ucieczki jak najdalej stąd. Książki owej przeszkody upadły na ziemię, a ja nie miałam serca zostawić jej samej. Szybko pochyliłam się, aby pozbierać wszystko, co spadło na ziemię, a moje łzy zaczęły powoli zalewać notatki leżące przede mną. Po chwili obok zauważyłam długie, brązowe włosy.
- Przepraszam…- mówiłam pociągając nosem. Chciałam po prostu jak najszybciej posprzątać bałagan który narobiłam i wracać do domu. Po chwili krótkie „Nie ma sprawy” dostało się do moich zatkanych ciśnieniem uszu. Kiedy podniosłam już wszystkie rzeczy, zwróciłam je właścicielce i już miałam biec dalej kiedy…

- Hej, zaczekaj! Co jest? Mam na imię Amber, a ty?

poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 4

~Zanim przeczytasz~
Chce tylko podziękować, że tu jesteś. To naprawdę dla mnie ważne. Miłego czytania ;)

Byłam w dziwnym miejscu, które było mi znajome. Dookoła chodziło pełno ludzi, a jasne ściany raziły mnie w oczy. No tak, rozpoznałam to miejsce; przecież to szkolny korytarz. Wszyscy gdzieś szli, Tylka ja stałam na środku i patrzyłam na to wszystko. Zwyczajny, zabiegany dzień w szkole. Kiedy każdy pędził na swoje zajęcia, ruszyłam powoli przed siebie. Lustrowałam każą rzecz: szafki stojące przy ścianie, parapety na których licealiści pisali ściągi, albo po prostu rozmawiali, kwiaty stojące w wielkich donicach… Nagle poczułam zmęczenie. Byłam wykończona. Musiałam chociaż na chwilę przestać iść przed siebie i odpocząć. Tak jakby na końcu korytarza było coś, co emanuje złą mocą. Coś, co mnie osłabia. Usiadłam więc na podłodze, nie zważając na to, czy siedzę na środku korytarza, czy też nie. Po prostu siedziałam i czekałam, aż nabiorę nieco więcej siły. Wtedy zobaczyłam dziwną postać: dziewczyna z długimi brąz włosami, szła przez szkolny korytarz z podniesioną głową. Była inna niż wszyscy: nie biegła na zajęcia, nie grzebała w plecaku ani nie zajmowała się wyświetlaczem telefonu. Ona po prostu szła w moim kierunku. Kiedy była wystarczająco blisko, żebym mogła przyglądnąć się jej twarzy, rozpoznałam ją. Znałam ją, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, kim jest. Chwilę szukałam w moim umyśle jakiś wskazówek, ale nic z tego. Dopiero kiedy owa dziewczyna zatrzymała się dwa kroki przede mną przypomniałam sobie: przecież to mama. Mama wyciągnęła rękę w moją stronę, jakby chciała mi pomóc. Potem przemówiła swoim spokojnym, melodyjnym głosem:
- Grace, nie bój się. Nie możesz się poddać. Chodź, zrobimy to razem…
Obudziłam się ze łzami na policzkach. Moje ciało automatycznie przyjęło pozycję siedzącą. Byłam nie na żarty wystraszona. „Spokojnie Grace, to tylko koszmar. Tylko koszmar.” Mój mózg karcił mnie za moją bujną wyobraźnie. Chwilę mi zeszło, zanim przestałam płakać jak mała dziewczynka. Kiedy doszłam do siebie, poczułam ogromną suchość w gardle. Bez zastanowienia, dotknęłam bosymi stopami zimnej podłogi, a już po chwili znalazłam się na schodach. Schodząc potknęłam się raz czy dwa razy, ale to tylko przez to, że byłam jeszcze roztrzęsiona. Szybko odnalazłam włącznik światła i otuliła mnie jasność. Przymrużyłam oczy, powoli przyzwyczajając się do obecnego klimatu. Ruszyłam w stronę kredensu, gdzie stała woda. Odnalazłam szklankę i nalałam do niej trochę zbawiennego płynu. Ciągle zaspana, odwróciłam się, z zamiarem wskoczenia na blat. Jednak zdziwiło mnie, kiedy zobaczyłam przed sobą jakąś postać. Myślałam, że zwymiotuję ze strachu, kiedy rozpoznałam w tej postaci mamę. Widziałam ją tylko przez urywki sekund. Zdążyła tylko wypowiedzieć moje imię w ten troskliwy sposób. Jej oczy były przepełnione troską i smutkiem. Nie mogłam zacząć krzyczeć, bo po pierwsze mamy już nie było; po prostu powiedziała „Grace” i rozpłynęła się w powietrzu, po drugie mojego gardło dalej było suche. Moją opóźnioną reakcją było upuszczenie szklanki, która trzymałam w lewej ręce i cofnięcie się z całej siły do tyłu, ale kredens mi w tym przeszkodził. Serce zaczęło walić mi w piersi jak dzwon. Tysiące myśli na sekundę:
Czy ja zwariowałam?! Widziałam moją matkę! Co się ze mną dzieje?! O co tu chodzi?! Co to za gra?!
Bez zastanowienia, wyczułam ręką na kredensie nóż kuchenny. Cały czas moje oczy wpatrzone były w miejsce, w którym „objawiła się” mama. Ścisnęłam nóż tak mocno, że moje knykcie były białe. Powoli wychyliłam się, strachliwie patrząc w stronę drzwi. Nasłuchiwałam jakiegokolwiek dźwięku. Jeżeli mama naprawdę tu była, to musiałam ją teraz usłyszeć. Nic. Cisza. To właśnie ta cisza mnie teraz najbardziej przerażała. Kiedy upewniłam się, że na pewno nikt mnie już nie zaskoczy od strony drzwi, zrobiłam malutki kroczek do przodu, nie zważając na to, czy rozbite szkło wbije mi się w stopę, czy też nie. Cały czas moje ciało było pochylone do przodu, żeby w razie czego umożliwić mi szybką ucieczkę. Wystraszona z nożem w ręku, musiałam wyglądać tragicznie. Kiedy może oczy wpatrywały się w ciemność poza drzwiami kuchni, usłyszałam coś dziwnego.
- Grace, nie bój się.- znowu ten głos! Teraz dochodził zza moich pleców. Natychmiast się odwróciłam, wyciągając nóż lekko przed siebie. Jednak nic tam nie było. Może to było głupie, ale stanęłam w miejscu, z którego moim zdaniem dobiegał głos.
Może faktycznie coś ze mną nie tak? Jestem szalona? Ten głos był w mojej głowie? Nie to możliwe!
Moje myśli toczyły ze sobą zaciętą walkę, kiedy ja patrzyłam przed siebie. Widziałam tą walkę, byłam widzem. Nie wiedziałam co zrobić. Nie chciałam być… taka.
- Grace?- dobiegł głos zza moich pleców. Tym razem wyrwał mnie z moich rozmyślań. Odwróciłam się z krzykiem, upuszczając nóż na podłogę. Miałam dość: niech odejdzie!
- Grace! To tylko ja!- przez łzy widziałam jak Ana stoi w drzwiach patrząc na mnie ze zdziwieniem i przerażeniem jednocześnie. Nie pozostało mi nic innego, jak zalać się łzami. Opadłam wykończona na podłogę. Oparłam plecy o pobliską ścianę i zakryłam twarz dłońmi.
- Co się dzieje? Dlaczego płaczesz? Czemu krzyczałaś? Coś Cię wystraszyło? Odpowiedz mi!- zadawała tak wiele pytań. Na żadne nie dostała odpowiedzi. Sama nie wiedziałam, co się stało przed chwilą. Co miałam powiedzieć? Że miała rację? Że mama żyje i wołała mnie? Łzy cisną mi się do oczu, jak nigdy. Kątem oka widziałam, jak Ana patrzy na rozbite szkło, potem na nóż, który leży obok mnie i na końcu na mnie. Wstała, pozbierała większe odłamki szkła, a resztę zmiotła i wrzuciła do kosza. Wytarła resztki mojej wody. Właśnie: woda! Gdybym tutaj po nią nie przyszła, to nic by się nie stało. Nie obudziłabym Any, nie stłukłabym szklanki, nie płakałabym teraz. Wszystko przez tą cholerną wodę!
Taa, teraz zwalam winę na rzeczy martwe. Boże, Grace, opanuj się! Czemu Ty dalej płaczesz, dziewczyno?!
Tak, płakałam. Płakałam przez cały czas. Nie wiem dlaczego. Po długiej chwili ciszy, Ana przemówiła swoim spokojnym głosem.
- Może przejdziemy do salonu, tam mi wszystko opowiesz.- powiedziała patrząc na mnie troskliwym wzrokiem. Pokiwałam delikatnie głową i potarłam dłońmi moje ramiona, bo zrobiło mi się zimno. Weszłyśmy do pokoju, zaświecając światło i usiadłyśmy na kanapie. Koc, który naciągnęłyśmy na nogi, znacznie „ocieplił” atmosferę. Powoli zaczęłam mówić. Patrzyłam w ziemię i mówiłam o tym jak koszmar wyrwał mnie ze snu, jak zeszłam do kuchni, jak nalałam wodę do szklanki, no i o tym… Słowa same wychodziły z moich ust. W sumie, to mógł być wytwór mojej wyobraźni, ale przecież ona stała centralnie metr ode mnie! Kiedy skończyłam, Ana nic nie mówiła. Po prostu siedziała. Kiedy złapałam jej spojrzenie, nie dostrzegłam w nim strachu czy zmartwienia, ale zrozumienie. Nie śmiała się ze mnie, ani nic z tych rzeczy. Ona mnie rozumiała. Zrobiło mi się głupio, ze wcześniej nie wierzyłam w to co mówiła. Teraz miałam pewność, że nie kłamała. W każdym razie, miałam pewność, że nie tylko ja widziałam mamę. Nie byłam sama. Miałam ją.
Pyszne kakao, które przyniosła mi Ana, było mi nader potrzebne. Brunetka sprawnie zmieniła temat i w końcu skończyłyśmy śmiejąc się i wygłupiając. Kiedy zaczęłyśmy grać w 33, usłyszałyśmy jak ktoś otwiera drzwi wejściowe, a niedługo później do domu wszedł tata. Od razu wszedł do salonu, co zawdzięczałyśmy zaświeconej lampie.
- Hej, dziewczyny!- przywitał nas z uśmiechem na twarzy, składając na naszych policzkach buziaki.- Czemu jeszcze nie śpicie? Wywalili was ze szkoły, czy przedłużyli wakacje?- zapytał mrugając do nas porozumiewawczo. Nie musiał czekać długo na odpowiedź:
- Grace, zeszła na dół kiedy spałam i nagle usłyszałam stłuczenie szkła i…
-  Źle się czułam, zrobiło mi się ciemno przed oczami i upuściłam szklankę. Trochę mnie bolała głowa, to wszystko.- wtrąciłam się, póki jeszcze nie wygadała wszystkiego ojcu.
- Ale przecież krzyczałaś…
- Zamknij się.- powiedziałam przez zęby. Mimo wszystko, wzrok taty spoczął na mnie. Wyrazie chciał, żeby rozwinęła temat moich nocnych krzyków. W między czasie, zdążył już usiąść na rogu kanapy.
- Emm… Krzyczałam, bo… Bo kiedy Ana weszła do kuchni bardzo się przestraszyłam.- Wypaliłam. Szybko spuściłam wzrok, żeby dłużej nie patrzeć ojcu w oczy. Potrafię nieźle kłamać, ale nie w takich sytuacjach.
- Och… No tak.- powiedział wodząc wzrokiem po pokoju.- Ale już się dobrze czujesz?- zapytał znowu zatrzymując na mnie wzrok.
- Taa, już jest okej.- odpowiedziałam nie podnosząc wzroku. Gdyby Ana mogła zabijać spojrzeniem, to były by moje ostatnie słowa.
- Dobrze… Zmykajcie spać, jest już 2 w nocy, a wy macie jutro szkołę!- mówił przywracając pogodną atmosferę. Wstał i skierował się w stronę kuchni. My natomiast skierowałyśmy się w stronę schodów. Kiedy byłyśmy już na piętrze, Ana złapała mnie za ramię.
- Czemu mu nie powiedziałaś?!- syczała. Nie mówiła głośno, w sumie to szeptała, ale w jej głosie wyraźna była irytacja.
- Nie mogę. Nie teraz. Powiemy mu innym razem, okej?- broniłam się. Nie chciałam go martwić, kiedy wrócił zmęczony z pracy. Nie chciałam go w ogóle martwić.
- Jutro mu powiemy. Musimy.- wyraźnie zaakcentowała słowo „musimy”, po czym puściła moją rękę. Chwilę stałam w drzwiach mojego pokoju, wpatrując się w nicość.
„ Jutro mu powiemy. Musimy”  Nie chciałam mu mówić. I tak też zamierzałam zrobić. Nie chciałam dokładać problemów. I nie będę.

Po głębokich przemyśleniach, wdrapałam się na łóżko i szybko zasnęłam. Szybciej niż zazwyczaj.

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 3

~ Zanim przeczytasz ~
Chciałam tylko zapytać, co obstawiacie: 
Niall +Grace czy Harry + Grace ? :D
Miłego czytania ;)
Miesiąc szkoły minął tak szybko. Wydaje mi się, że to zaledwie kilka dni. Ogólnie to bardzo dużo się ostatnio wydarzyło: Ana cały czas marudzi, że rzekomo widzi mamę, kiedy tylko wychodzi z domu, tata cały czas pracuje, nie mając dla nas czasu… Kiedy mama odeszła, mówił, że będziemy bezpieczne, zawsze będziemy miały wszystko, czego będziemy potrzebować… A tymczasem? Potrzebujemy jednej rzeczy: jego obecności. Tak dawno nie mogliśmy spokojnie porozmawiać, nawet nie było kiedy zjeść razem kolacji… To jest… przykre.
W dalszym ciągu jedyną osobą którą znam w szkole jest Niall. W przeciwieństwie do Ana’y: ona świetnie się odnajduje w towarzystwie swoich nowym znajomych. W każdym razie Niall… On… Lubię go. Codziennie przyjeżdża po mnie przed szkołą. Bardzo się o mnie martwi: zupełnie jakbym była małą dziewczyną. To trochę wkurzające. Ale jest kochany. Kiedyś stwierdził, że to słodkie, kiedy kicham. Chwilę później wylądowałam pod kocem z ciepłą herbatą w ręku. „ Nie możesz mi się tu przeziębić.”- mówił. Uważam, że to naprawdę urocze z jego strony. Jego nadopiekuńczość czyni go jeszcze bardziej słodszym niż jest.
Ach tak, zapomniałabym o jeszcze jednej osobie: chłopak o kasztanowych lokach. Nawet nie wiem jak ma na imię. Od ostatniego incydentu w moim pokoju, nie zaczepiał mnie już więcej. Mimo wszystko, kiedyś złapałam z nim kontakt wzrokowy, kiedy gapił się na mnie podczas lunchu. W każdym razie, nie odzywał się do mnie, ani nie zbliżał od tamtej chwili. I muszę przyznać, że trochę mi przykro z tego powodu to bardzo dobrze. Chociaż prawdę mówiąc, owy brunet jest niezwykle...
Pisanie przerwała mi Ana, materializując się przede mną, ni stąd, ni z owąd.
- Przestań już bazgrolić i chodź!- powiedziała, ciągnąc mnie za rękę w stronę drzwi. Niechętnie odłożyłam pióro i podążyłam za siostrą. Doszłyśmy do furtki, kiedy ta niespodziewanie się zatrzymała i wskazała ręką na czarnego forda na wprost nas, stojącego po drugiej stronie ulicy.
- Oh… Przyszłaś pokazać mi, ze ktoś przyjechał do sąsiadów?- zapytałam zdziwiona i rozbawiona całą tą sytuacją. Ana wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia i natychmiast przeniosła wzrok ze mojej twarzy na samochód.
- Ale…- zaczęła swoja wypowiedź- To nie możliwe! Jeszcze przed chwilą tam była!
- Tylko mi nie mów, że znowu widzisz mamę. Nie dawaj mi powodów do myślenia, że coś z Tobą nie tak.- rzuciłam obojętnym tonem i ruszyłam z powrotem do domu.
- Dobra! I tak zobaczysz, że mam rację!- Ana zbulwersowana wybiegła przez furtkę i zbliżała się do samochodu stojącego po drugiej stronie ulicy.
- Ana, daj spokój, nie rób głupstw!- ostrzegawczy ton w moim głosie powinien ja zatrzymać. Niestety, nie udało się. Szybko ruszyłam za brunetką, w błyskawicznym tempie ją doganiając. Opłacało się trochę poćwiczyć.
- Nie dotykaj tego!- wysyczałam odciągając ją z całej siły od drzwi auta.- Zwariowałaś?! Uspokój się!- powiedziałam surowym tonem, lekko potrząsając jej ramionami. Patrzyłam prosto w jej brązowe oczy, które były nieobecne i ospałe.
- Zaraz… Czy Ty… Czy Ty coś brałaś?- zapytałam poważnie zaniepokojona, luzując uścisk na jej ramionach.
- Co Ty? Jasne, że nie!- Ana szybko zaprzeczyła i przerwała nasz kontakt wzrokowy. Wyszarpała się z mojego uścisku, a jej wzrok chciwie lustrował wnętrze samochodu. Też byłam bardzo ciekawa wszystkich informacji o mamie, które mogłyśmy znaleźć w środku, ale nigdy nie pozwoliłabym sobie dotknąć czyjejś własności.
- Chodź, pomożesz mi zrobić kolację.- powiedziałam tonem, jakim mówi się do dziecka, żeby odwrócić jego uwagę od upragnionej zabawki. Złapałam dziewczynę za rękę i pociągnęłam w stronę domu. Nie dało się nie zauważyć, że jej wzrok cały czas utkwiony był we wnętrzu czarnego forda.
Krzątałyśmy się po kuchni, robiąc spaghetti. Z radia wydobywały się ciche melodie, które przerywały krępującą ciszę. Nie było tak jak dawniej. Kiedyś miałybyśmy frajdę, przygotowując razem kolację. Teraz atmosfera między nami była napięta, co dało się wyczuć na kilometr. Kiedy danie było gotowe, Ana podawała mi talerze, a ja nakładałam na nie długi makaron, polewając go sosem z kawałeczkami mięsa. Z racji, że taty nie było w domu, ubrałyśmy dwie porcje, które zaraz zaniosłam do jadalni, która była połączona z kuchnią. Ku mojemu zaskoczeniu Ana zabrała swoją porcję ze stołu i skierowała się w stronę schodów.
- Hej, poczekaj, zjemy razem.- próbowałam ja zatrzymać, jednak ona dalej zmierzała do swojego celu. Robiła tak codziennie. Miałam dość, chciałam z nią porozmawiać, a ona tylko mi to utrudniała.
- Ana!- krzyknęłam zrozpaczona. Wątpiłam, że się zatrzyma, ale jednak to zrobiła. Stała do mnie tyłem, tak jakby zastanawiała się, czy ma zawrócić. Po chwili namysłu z głośnym westchnięciem i grymasem na twarzy odwróciła się i zajęła miejsce przy stole. Podparła ręką głowę i zaczęła dręczyć widelcem makaron. Przykryłam pokrywką patelnie z porcją dla taty. Chciałam, żeby jedzenie było ciepłe bez podgrzewania, chociaż szczerze w to wątpiłam. Zajęłam miejsce obok Ana’y. Zaczęłam jeść, co jakiś czas rzucając w jej stronę zaciekawione spojrzenie. W końcu nie mogłam znieść ciszy, która zaczynała mnie powoli dusić.
- Słuchaj…- to jedyne słowo jakie mogłam z siebie wydusić. Chciałam z nią porozmawiać o mamie i o całej tej sytuacji. Martwiłam się o nią, ale nie wiedziałam jak dobrać słowa.- Ja… Nie rozumiem.
- Czego?- zapytała, nie podnosząc wzroku z nad talerza.
- Dlaczego widzisz mamę? Przecież obydwie wiemy, że nie żyje. To nie jest już śmieszne. Poważnie, zaczynam się martwić.- powiedziałam z powagą. Z zainteresowaniem patrzyłam na nią, wyczekując odpowiedzi. Nie kazała mi długo czekać.
- Czyli Ty też mi nie wierzysz?!- krzyknęła, rzucając widelec i podnosząc się z miejsca.
- Hej!- powiedziałam, również wstając. Miałam na celu uspokojenie siostry.- Tego nie powiedziałam.- dodałam spokojnie po chwili. Ana z powrotem usiadła i podarła ręką czoło. Również usadowiłam się na krześle. Czekałam na jej wyjaśnienia.
- To zaczęło się pierwszego dnia szkoły.- zaczęła niepewnie. Cały czas patrzyła w ziemię.- Zerwałam się z dwóch ostatnich lekcji. Nie mogłam już tam usiedzieć. Po prostu musiałam wyjść. Ochroniarzowi przy bramie, powiedziałam, że jestem zwolniona do domu. Poszłam do parku, bo to było jedyne miejsce, które tutaj znałam. I wtedy ona tam była: Siedziała na ławce z jakimś facetem. Rozmawiali, a potem ona się do mnie odwróciła. To musiała być ona. Nikt inny nie ma takiego wzroku.- Ana opowiedziała mi jeszcze o tym jak zobaczyła mamę na szkolnym korytarzu, potem kiedy wracała ze szkoły i dzisiaj: kiedy wysiadała z tego samochodu. Zawsze towarzyszył jej owy mężczyzna. Kiedy skończyła, byłam zamyślona. Myślałam, że oszalała.
- Wierzysz mi?- zapytała, pierwszy raz od początku naszej rozmowy patrząc mi w oczy. Wyrwała mnie z zamyślenia, nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.- Wiedziałam.- skwitowała, wściekła wstając od stołu. Ze złością maszerowała do swojego pokoju, zostawiając prawie nietknięty makaron.
- Wierzę Ci.- powiedziałam spokojnie, nie zmieniając swojej pozycji. W sumie nie byłam przekonana co do teorii „nasza mama zmartwychwstała” i nie chciałam kłamać, ale jeżeli to pomogłoby w zatrzymaniu jej choroby psychicznej… Nie, przecież moja siostra jest zdrowa! O czym ja myślę?! Ana zatrzymała się w miejscu. Kiedy przeskanowała moje słowa i odwróciła się do mnie.

- Naprawdę?- zapytała z niedowierzaniem. Skinęłam delikatnie głową.  

niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział 2

~Zanim przeczytasz~
Rozdział jest spóźniony. Miał pojawić się wczoraj, ale się po prostu nie wyrobiłam. Przepraszam i miłego czytania :)


Przebrana wyszłam na korytarz, gdzie zauważyłam blondyna siedzącego na ławce i czytającego książkę. Dalej byłam roztrzęsiona, ale postanowiłam nikomu nie mówić o sytuacji zaistniałej w szatni.
- Co czytasz?- Zapytałam z w miarę naturalnym uśmiechem.
- To są nuty.- Odpowiedział, odwracając się w moją stronę z uśmiechem. Zamknął zeszyt i włożył go do torby, zarzucając ją sobie na ramię.
- Grasz?- Zadałam kolejne pytanie, wyraźnie zaciekawiona.
- Tak, cały wolny czas spędzam z gitarą. A ty na czymś grasz?- Zapytał, kiedy zmierzaliśmy w stronę wyjścia.
- Nie, jedyne co mnie łączy z muzyką, to taniec.- odpowiedziałam z uśmiechem. Chłopak kiwną wyrozumiale głową.
Szliśmy w stronę parkingu. Kiedy już się na nim znaleźliśmy, drogę zajechał nam jakiś czarny samochód. Po chwili szyba od strony kierowcy się otwarła i usłyszałam znajomy, ochrypły głos.
- Do zobaczenia później Mała!- Brunet błyskawicznie zamknął okno i z
piskiem opon odjechał, zostawiając nas w osłupieniu.
- Kto to był?- Zapytał spokojnie blondyn.
- Idiota.- Odpowiedziałam patrząc na odjeżdżający samochód. Kątem
oka zauważyłam jak chłopak się uśmiecha.
- Tak w ogóle, to zapomniałem zapytać jak masz na imię.
- Grace, a ty?- Powiedziałam, patrząc mu w oczy.
- Niall.- On również popatrzył mi w oczy. Uśmiechnęłam się. W końcu doszliśmy na sam koniec parkingu, gdzie stał motor. Był piękny, czarno-biały, dwuosobowy. Kiedyś uwielbiałam
takie rzeczy, przed śmiercią mamy. Teraz... teraz już dużo pozapominałam.
- Podwieś Cię do domu?- Zapytał Niall, wyciągając dwa kaski z bagażnika. Jeden z nich wyciągnął w moją stronę.
- To twój motor?- Zdziwiona patrzyłam, jak blondyn kiwa twierdząco głową.- Nie, mieszkam niedaleko, przejdę się.
- To nic, ja lubię jeździć, nawet niedaleko - Powiedział z uśmiechem. Zabrałam kask i
włożyłam go na głowę. Niall cały czas przyglądał się moim działaniom.
- Pomóc Ci?- Zapytał, troskliwie wyciągając ręce w moją stronę.
- Już zapięłam.- Odpowiedziałam z uśmiechem. Blondyn odwzajemnił mój uśmiech i włożył kask. Tym razem to ja mu się przyglądałam. Po krótkiej chwili chłopak już siedział na maszynie.
- Wsiadaj.- Zachęcił mnie, a przez szybkę kasku widać było, że jego kąciki ust unoszą się ku górze. Nie zwlekając, podeszłam bliżej, postawiłam stopę na podpórce i złapałam się prawego ramienia Niall'a. Sprawnie przerzuciłam nogę na drugą stronę i już siedziałam na wygodnym siedzeniu.
- Lepiej się mnie złap.- zwrócił mi delikatnie uwagę. - Gdzie Cię mam zawieźć?- wykonałam polecenie blondyna: oplotłam go rękoma w pasie, tak, że jego plecy przylegały do
mojej klatki piersiowej. Czułam się trochę dziwnie: w końcu przytulałam faceta, poznanego dzisiaj rano przez przypadek... Jednak nie okazywałam żadnych uczuć. Tak dawno nie jeździłam, już nie mogłam się doczekać.
- Holly Street obok Thornton Ave. - Niall odpalił silnik i moje uszy przypomniały sobie ten wspaniały warkot. Po krótkiej chwili wyjechaliśmy z parkingu szkolnego. Znowu poczułam ten wiatr, to zimno, to miłe uczucie, kiedy prawa fizyki rzucają twoim ciałem. Plecy Niall'a przylegały do mojej klatki piersiowej i było to dla mnie nawet... przyjemne. Cieszyłam
się, że zaproponował mi podwózkę. Bardzo się cieszyłam.
Dojechaliśmy szybko na miejsce. Za szybko. Niall ściągnął kask i poprawił swoje włosy. Poszłam w jego ślady.
- Dziękuję.- Powiedziałam, przytulając się do pleców blondyna. Najwyraźniej zdziwił go mój gest, bo kiedy tylko dotknęłam delikatnie jego skórzanej kurtki, odwrócił się do mnie twarzą. Przez chwilę patrzył na mnie wzrokiem żądającym wyjaśnień, ale potem uśmiech zagościł na jego twarzy. Nie wiedząc co zrobić, założyłam za ucho niesforny kosmyk włosów i zeszłam z motoru. Oddałam kask Niall'owi.
- Miło było Cię poznać.- Powiedział blondyn.
- Mi Ciebie też.- Z uśmiechem przyglądałam się mu. Kiedy pomachałam mu ręką na pożegnanie i odwróciłam się w stronę domu, usłyszałam znowu warkot silnika. Gdy powoli szłam w stronę furtki, nagle ktoś mnie zawołał.
- Grace!- Automatycznie się odwróciłam i zobaczyłam blondyna, siedzącego na motorze po drugiej stronie ulicy, z podniesioną szybką kasku.- Proszę, nie bij mnie już drzwiami!- Krzyknął ze śmiechem. Ja roześmiałam się bezgłośnie mając nadzieję, ze chłopak pozwoli mi w końcu wejść do domu. Będąc w połowie chodnika, prowadzącego do drzwi wejściowych, coś mocno złapało mnie za rękę i pociągnęło w stronę altanki. Tym czymś, była Ana.
- Mama żyje!- Powiedziała, opierając się dwoma rękami o blat stołu. Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Ona żyje? No ale... Nie, to niemożliwe! Popatrzyłam na siostrę oczami pełnymi zdziwienia i niedowierzania.
- Znowu coś ćpałaś?- Zapytałam unosząc jedną brew do góry i z uśmiechem wstałam od stołu. Zostawiłam Ana'e samą w altance i ruszyłam w stronę domu.
- Widziałam ją w centrum miasta, z jakimś facetem!- Ana krzyczała, starając się zwrócić moją uwagę. Natychmiastowo się zatrzymałam i odwróciłam w stronę siostry.
- Widziałaś ją w centrum?- Dziewczyna pokiwała głową, a czarna grzywka opadła jej na oczy.- Zerwałaś się z lekcji, tak?- popatrzyłam na siostrę groźnym spojrzeniem. Ona gorąco zaprzeczała. Wiedziałam, że kłamie.
- Kończysz godzinę wcześniej ode mnie. Nie zdążyłabyś po lekcjach gdziekolwiek wyjść, poza tym tata by Ci nie pozwolił.- Mówiłam spokojnie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Dziewczyna ucichła i spuściła wzrok. Czułam dumę. Byłam dumna, bo kolejny raz miałam racje. Ana przygryzła dolną wargę i nagle podniosła wzrok.
- Ale nie powiesz tacie, no nie?- Powiedziała, podchodząc do mnie i łasząc się, jak jakiś kot. Ana była trochę niższa ode mnie, a gdy miałam obcasy, musiała podnosić głowę do góry, żeby obserwować moją twarz. Na słowa siostry, głośno wypuściłam powietrze z ust. Wiedziałam, że tata powinien wiedzieć.
- Dobra, jak chcesz.- zaczęła kiedy zauważyła, że nie jestem chętna do brania udziału w kłamstwach.- Ale ja mu powiem, że już pierwszego dnia wyrwałaś jakiegoś blondyna!- Zaczęło się. Szantaże motywacją mojej siostry. W sumie nie chciałam, żeby tata dowiedział się o mojej znajomości z Niall'em. Przynajmniej nie teraz. Postanowiłam udawać, że nie poruszyły mnie słowa siostry. Mimo wszystko przemówiłam głosem, w którym słychać było wahanie.
- No nie wiem... Zależy co z tego będę miała...
- Materialistka!- wkurzona Ana zostawiła mnie samą na środku trawnika i szybkim krokiem ruszyła w stronę domu.
- Zaczekaj!- powiedziałam, lekko rozbawiona całą tą sytuacją. - Nie powiem nic tacie, jeżeli ty obiecasz, że nie powiesz mu o Niall'u.- dziewczyna zatrzymała się w miejscu, tak jakby rozważała moją propozycje.
- A więc ma na imię Niall?- Ana odwróciła się do mnie z chytrym uśmiechem. Kiedy zobaczyła, że moje mina jest znudzona, a ręce samoczynnie zacieśniają się na klatce piersiowej, odpuściła.-Zgoda.
Wykończona pierwszym dniem  w nowej szkole, ruszyłam do mojego pokoju. Zatrzymałam się w kuchni, aby porwać mój ukochany sok. Na drodze stanął mi tata.
- Masz gościa.- Powiedział z uśmiechem.
- Co?- Zapytałam zdziwiona, lekko marszcząc moje brwi. Nikogo nie zapraszałam, nie spodziewałam się gości.
- Czeka w twoim pokoju.- Torba spadła mi z ramienia na podłogę, ale zaraz ją podniosłam. Z otwartymi ustami patrzyłam na tatę, licząc na dokładniejsze wyjaśnienia z jego strony. Jednak na próżno: wyminął mnie i wyszedł na dwór, a już po chwili usłyszałam warkot odjeżdżającego samochodu. Natychmiast wbiegłam po schodach do mojego pokoju. Otwarłam szybko drzwi i zastygłam w miejscu. Obok mojej komody stał chłopak z lokami na głowie, bezwstydnie przeglądający moją bieliznę. Kiedy zauważył, że weszłam odwrócił się w moją stronę, w rękach trzymając moje koronkowe majtki.
- Masz całkiem seksowną bieliznę. Kiedyś chciałbym Cię w niej zobaczyć.- powiedział wrzucając moją własność z powrotem do komody.
- Co Ty robisz?! Dlaczego grzebiesz w moich rzeczach?!- Zdenerwowana, mocniej zacisnęłam moją rękę na klamce drzwi. On natomiast z uśmiechem na twarzy podszedł do mnie i lekko pociągnął za rękę do przodu. Druga ręką zwinnie zamknął drzwi, przekręcając klucz . Mój wzrok niespokojnie śledził jego ruchy. Kiedy tylko upewnił się, że nikt nie będzie mógł wejść do pokoju, złapał mnie za nadgarstki i mocno przygwoździł do ściany. Zamknęłam oczy i odwróciłam głowę, kiedy jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej. Brunet bardzo mocno trzymał moje ręce, sprawiał mi tym niemały ból. Chciałam zniknąć, kiedy poczułam, jak składa mocne pocałunki na mojej szyi.
- Zostaw mnie, bo zacznę krzyczeć!- powiedziałam podniesionym głosem, w którym można było wyczuć strach. Chłopak tylko zaśmiał się z moich prób wyrwania się i przywarł do moich ust wargami. Jego klatka piersiowa stykała się z moją. Byłam przerażona. Cały czas miałam mocno zaciśnięte powieki. Bałam się. Kiedy on kontynuował swoje dzikie zapędy, czułam, że moje nogi powoli się trzęsą. Później całe moje ciało dygotało pod wielka posturą chłopaka który, jak podejrzewałam, zgwałci mnie w moim własnym pokoju. Moje plecy były oparte o ścianę, a z przodu naciskał na mnie brunet, więc nie mogłam zemdleć. Mimo wszystko, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa i po prostu zaczęłam osuwać się na ziemię. Ku mojemu zdziwieniu, chłopak szybko to zauważył i natychmiast poluzował dłonie, w których cały czas więził moje nadgarstki. Znalazłam się na podłodze, a palce wbrew woli zaczęły pocierać bolące nadgarstki. Na mojej skórze widoczne były białe odciski palców. Czułam, że w kącikach oczu zbierają się pojedyncze łzy. W końcu jedna z nich popłynęła w dół mojego policzka, aby potem spaść na moje podgięte kolana. Dopiero po chwili zauważyłam, że brunet, który wcześniej tak brutalnie mnie potraktował, teraz patrzył to na mnie, to na moje nadgarstki troskliwym spojrzeniem, kucając przy mnie. Jego rysy twarzy i oczy złagodniały. Szybko odwróciłam głowę, żeby tylko nie nawiązać z nim kontaktu wzrokowego. Pociągnęłam nosem i byłam bardzo zainteresowana ułożeniem paneli na podłodze.
- Słuchaj, ja..- chłopak odezwał się po kilku sekundach. Nie zamierzałam go słuchać.- Ja naprawdę nie chciałem…- moja dłoń sama powędrowała na jego policzek. Uderzyłam go z siłą na tyle wielką, że jego głowa odskoczyła na bok.
- Jak mogłeś?- jedynie te słowa mogłam wydusić przez łzy. Nawet nie miałam siły na niego krzyczeć. Powiedziałam to półszeptem. Całkiem zalałam się łzami. Nie tak wyobrażałam sobie mój pierwszy pocałunek. To miało być romantyczne i miłe przeżycie, a było brutalne i nieprzyjemne. Chłopak spuścił głowę w przepraszającym geście. Byłam na niego wściekła. Złość rosła we mnie z sekundy na sekundę. W końcu wstałam i ocierając łzy, zdecydowałam się coś powiedzieć:
-  Wynoś się stąd.- mówiłam patrząc prosto przed siebie. Brunet również podniósł się i popatrzył mi w oczy, co zignorowałam.
- Ja…
-Wynoś się!- krzyknęłam najgłośniej jak mogłam i odsunęłam się od chłopaka. Nie chciałam go znać. Przez chwilę wydawało mi się, że to wszystko zły sen. Koszmar który nigdy nie wydarzył się w rzeczywistości. To uczucie, kiedy chłopak drugi raz tego samego dnia, przyciska cię z całej siły do ściany, zaczyna cię całować, wbrew twojej woli, potem psuje twój pierwszy pocałunek, który tak wspaniale sobie wyobrażałaś. Stałam przed istotą bez serca. Nie miał dla mnie litości, nawet nie pomyślał, co ja mogę czuć.
- Przepraszam…- powiedział chłopak, swoim ochrypłym, ledwie dosłyszalnym głosem. Nie ośmielił się kolejny raz spojrzeć na mnie. Odwrócił się i otworzył drzwi, po czym jeszcze raz zerkając na cały mój pokój, cicho je zamknął. Nie mogłam długo powstrzymać łez. Osunęłam się po ścianie na ziemię i schowałam twarz w dłoniach. Po chwili popatrzyłam na moje nadgarstki: jeszcze teraz wyraźne były ślady zrobione przez bruneta w szkole, które wydawały się lekkim drobiazgiem w porównaniu do śladów z przed chwili. To za dużo wrażeń jak na pierwszy dzień. To za dużo wrażeń jak jeden dzień. Stanowczo za dużo.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 1

~Zanim przeczytasz~
Pamiętaj to to tylko fan-fiction! Postacie nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami, oprócz wyglądu!
Uparcie próbowałam zignorować uporczywy dźwięk budzika. Przeciągałam się w wygodnej pościeli, aż w końcu moja ręka natchnęła się na twardy, mały przycisk. Po chwili nieprzyjemny dźwięk ustał. Leżałam jeszcze długo zaspana, ale nagle dotarła do mnie myśl, że to już dzisiaj: pierwszy dzień szkoły. Przeprowadziłam się z tatą i siostrą do Kalifornii w te wakacje. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego musiałam spakować walizki i pożegnać się z moim ukochanym Nowym Yorkiem. Rozstałam się z moim domem, ulubionymi miejscami, znajomymi, przyjaciółmi, szkołą za którą o dziwo tęskniłam i wszystkim innym, do czego byłam tak bardzo przywiązana. A dlaczego? Bo tata nie mógł wytrzymać. Wszystko przypominało mu mamę. Dom, w którym spędzaliśmy razem tak wiele czasu, samochód, na który tak długo razem oszczędzali, ogród, gdzie razem przesiadywaliśmy... Nawet w pracy nie mógł znieść myśli, że już nigdy nie zobaczy naprzeciw swojego biurka jej roześmianej twarzy, kiedy odbierała z gracją telefon, albo przyjmowała klienta. Mama zmarła w wypadku samochodowym. Potrącił ją pijany kierowca. Spędziła 4 dni w szpitalu i umarła. Tak po prostu; odeszła. Życie straciło dla mnie sens, wszystko dookoła straciło barwy, czułam, że wszystko we mnie zamiera i ginie. Bardzo to przeżyłam. Nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego, może stać się tak pięknej kobiecie.
Katy miała kasztanowe włosy i ciemne oczy. Cera była bardzo blada, a sylwetka szczupła. Zmarła mając 38 lat. Byłam załamana, płakałam non stop. Wiedziałam, że nie mogę rozpaczać wiecznie, mama by tego nie chciała. Próbowałam się otrząsnąć, ale ten smutek dalej był we mnie. Za to tata... on w ogóle nic nie próbował. On tylko cały czas siedział, a łzy uparcie próbowały się wydostać z jego oczu. Tak samo jak Ana. Ona się kompletnie zmieniła. Nie przypomina już mojej siostry, tylko zupełnie inną osobę. Dlatego się przeprowadziliśmy; żeby zapomnieć, uciec. Ubrałam luźną koszulkę i czarne rurki. Do tego dobrałam buty na obcasach i kilka błyskotek. Włosy wyprostowałam, spinając grzywkę na czubku głowy. Zeszłam na dół, gdzie usłyszałam wesołe gwizdanie taty. Otwierając drzwi kuchni, poczułam zapach świeżych naleśników.
- Dzień dobry Śliczna!
- Cześć tato.- Odpowiedziałam z delikatnym uśmiechem, dając mu buziaka w policzek. Usiadłam na wysokim krześle stojącym obok lady.
- Gotowa na pierwszy dzień szkoły?- Zapytał, nie podnosząc wzroku znad talerzy. Odpowiedziałam głębokim i długim westchnięciem, uderzając końcówkami paznokci w blat lady.
- Mała, ja wiem, że ta przeprowadzka była dla Ciebie ciężka, ale miałaś całe wakacje, żeby się tutaj zaklimatyzować. Otoczenie jest przecież tutaj dużo lepsze niż w Nowym Yorku i...
- Tato, nie chcę Cię urażać, ale ja w ogóle nie chciałam się przeprowadzać…- mówiłam załamanym głosem.- Tam miałam wrażenie, że mama dalej jest, chociaż już jej nie było...- Myślałam, że zaraz się rozpłaczę, a za wszelką cenę chciałam tego uniknąć.
-Tak... ale wiesz, że nie możemy już wrócić...
-Ale…- Chciałam zacząć protestować, kiedy uświadomiłam sobie, ze to co powiedział tata, jest prawdą - No tak: wiem...- zrezygnowana zaczęłam jeść naleśniki, które znalazły się przede mną.
Po zjedzonym śniadaniu poszłam do mojego pokoju po torbę, a później skoczyłam na chwilę do łazienki. Kiedy zobaczyłam, że jest już piętnaście po ósmej, pobiegłam do kuchni, po ostatni łyk kawy. Czułam jak kofeina powoli zaczyna krążyć w moich żyłach.
- Odwieść Cię do szkoły?- Usłyszałam głos dobiegający zza moich pleców.
- Nie trzeba, ja...
- Daj spokój, przecież widzę która godzina.- Tata już sięgał po kluczyki. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i ruszyłam za nim w stronę drzwi wejściowych.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, a samochód taty znikną za zakrętem, dopadł mnie stres. W mojej poprzedniej szkole, nie byłam jakoś super popularna, więc tutaj bałam się, że nie znajdę w ogóle znajomych. Z trudem łapiąc oddech, popchnęłam ciężkie drzwi wejściowe. Moim oczom ukazał się długi, jasny korytarz, z mnóstwem drzwi po obu stronach. Bardzo dużo osób mnie mijało. Czułam się... dziwnie. Pierwsze co musiałam zrobić, to zgłosić się po moje ID. Ruszyłam w kierunku kancelarii.  Po około 10 minutach miałam już plakietkę w ręce. Otwierając drzwi, poczułam, że na drodze pionowej powierzchni stanęło coś twardego.
- Emm... Przepraszam... Nie wiedziałam...- zaczęłam się tłumaczyć przed chłopakiem, który okazał się być ową przeszkodą. Kiedy on w milczeniu mi się przyglądał, spuściłam głowę w dół i zakładając za ucho spadające pasmo włosów, zrobiłam parę kroków do przodu, żeby ominąć blondyna.
- Nic się nie stało!- krzykną z uśmiechem, kiedy byłam już kilka metrów dalej. W odpowiedzi uśmiechnęłam się, a pan burak zagościł na mojej twarzy.  
Lekcje mijały powoli, bardzo powoli. Jak na razie znam tylko kilka osób, które pytały mnie o drogę do toalety, albo o chusteczki higieniczne. W końcu to, na co tak długo czekałam: taniec. Dwa razy w tygodniu, po lekcjach, był kurs tańca. Właśnie dlatego wyraziłam jakąkolwiek chęć chodzenia do szkoły. Pasją do tańca, zaraziła mnie mama. Po jej śmierci nie chciałam tańczyć, ale stwierdziłam, że mój zapał i chęci ją uszczęśliwią.  Z niemałym trudem trafiłam do szatni w której mogłam się przebrać. Było cicho i pusto. Najwyraźniej mało osób przyszło na kurs. Szybko ubrałam różową bokserkę, czarne krótkie spodenki i różowe trampki. Włosy związałam w wysokiego kucyka, przy pomocy gumki, którą zawsze nosiłam w piórniku. Zdjęłam wszystkie błyskotki i solidnie schowałam w głębi mojej torby. Gotowa wyszłam z szatni i udałam się na salę, gdzie miała się odbyć pierwsza lekcja. Otworzyłam ogromnie, białe drzwi i zobaczyłam ludzi, stojących w małych grupkach oraz wysokiego mężczyznę, siedzącego na ławce. Trochę się zestresowałam. Wszyscy stali przy swoich znajomych, a ja nie znałam tu nikogo. Byłam skazana na siedzenie na ławce. Powoli ruszyłam przed siebie, czując, że z każdym krokiem, co raz więcej par oczu spogląda ukradkiem w moją stronę. Chciałam zapaść się pod ziemię. Nie wiedząc co zrobić z rękami , opuściłam je lekko wzdłuż tali. W połowie drogi do ławki, wysoki mężczyzna wstał i dmuchnął z całej siły w mały, niebieski gwizdek. To mój nowy trener. Na szczęście zaczęły się zajęcia. Uwielbiałam tańczyć wszystko, ale taniec nowoczesny najbardziej przypadł mi do gustu. Wkrótce zostaliśmy podzieleni na dwie grupy: taniec klasyczny i nowoczesny. Taniec klasyczny zawierał balet, gimnastykę i stepowanie, a nowoczesny hip hop, breakdance i różnorodny. W obydwu grupach będzie praktykowany taniec towarzyski.  Rozgrzewka, potem krótka informacja od trenera i poznaliśmy opiekunów obydwu grup: w tańcu klasycznym była to kobieta, natomiast u nas był mężczyzna: David Garcia. Był z pochodzenia Hiszpanem, co było słychać po jego akcencie. Lekcja się zaczęła. David pokazał nam parę banalnych kroków na początek, a potem zaprezentował to, co będziemy umieć, jeżeli sprawnie ukończymy kurs. Można śmiało stwierdzić, że opadły nam szczęki. Bardzo długo ćwiczyliśmy pierwsze 5 kroków. Po 30 minutach tańca, była 5 minutowa przerwa, na której mogliśmy się napić lub skorzystać z toalety. David był wymagającym opiekunem. Nie pozwalał nam się obijać, ani nie dopuścił do żadnych niedociągnięć. Przerwa była bardzo krótka, więc zaraz wróciliśmy na sale.  Zajęcia trwały jeszcze około 20 minut. Potem David pożegnał się z nami i wszyscy skierowali się w stronę szatni, gdzie podczas przerwy zauważyłam dużo więcej ubrań i plecaków. Kiedy wszyscy skierowali się w stronę wyjścia, ja zostałam żeby zabrać z parapetu moją butelkę z wodą. Wkrótce okazało się, że jestem jedną z nielicznych osób, które zostały w ogromnym pomieszczeniu. Uszłam parę metrów i moim oczom ukazała się blond czupryna, którą widziałam dzisiaj rano obok kancelarii. Nie wiedziałam co robić. Chłopak niby jak każdy inny, ale nie każdego innego bije
drzwiami na dzień dobry. Mimo wszystko zdecydowałam się przejść obok
niego i udawać, że go nie pamiętam. Jak myślałam, tak zrobiłam. Jednak metr od drzwi, usłyszałam ten sam melodyjny głos, co rano:
- Hej, zaczekaj!- Nagle poczułam, że ktoś łapie mnie lekko za ramię.
Odwróciłam się i podniosłam wzrok jakieś 10 centymetrów wyżej. Zobaczyłam
piękne, niebieskie tęczówki, które lekko się błyszczały.
- Ja...- zaczął niepewnie - Widziałem jak tańczyłaś... Byłaś... Niesamowita...- dokończył swoją wypowiedź, jąkając się. Opowiedziałam uśmiechem, lekko poruszając ręką, na znak, że może mnie już puścić. Chłopak po raz pierwszy od naszej rozmowy zamrugał oczami i popatrzył na moją rękę. Po sekundzie automatycznie ją puścił.
- Dziękuję...- powiedziałam, nie spuszczając wzroku z jego tęczówek.
- Przepraszam za to... Nie chciałem, żebyś uciekła... Tak jak rano...
- Nie dziękuję za puszczenie ręki, tylko za komplement!- odparłam ze śmiechem. Blondyn też lekko się rozchmurzył i znów patrzył mi w oczy.
- Idziesz się przebrać?
- Chyba by pasowało...- Odpowiedziałam pokazując zęby.
- Mogę na Ciebie zaczekać?- Zapytał, cierpliwie wyczekując odpowiedzi.
- Emm... pewnie.- Zdziwiona zaistniałą sytuacją, ruszyłam w stronę szatni. Otworzyłam drzwi i ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu,
zobaczyłam chłopaka, siedzącego na ławce, obok mojej torby i reszty rzeczy.
- Wiedziałem, że to musi być twoje.- powiedział z chytrym uśmieszkiem podnosząc mojego buta za obcas i bawiąc się nim.
- Yy... Nie pomyliły Ci się szatnie?- Zapytałam lekko marszcząc czoło.
- Nie, trafiłem doskonale.- powiedział, gwałtownie wstając z miejsca. Szybkim krokiem podszedł do mnie, a ja automatycznie się odsunęłam. Brunet nie zwalniając
kroku złapał mnie za nadgarstki i mocno przygwoździł do ściany, na co zareagowałam cichym piskiem.
- Faktycznie jesteś ładna.- powiedział, uważnie mi się przyglądając. Wydawał mi się wyższy od blondyna czekającego na korytarzu. Ciemne, pofalowane włosy, były ułożone w artystycznym nieładzie. Ciemno zielone oczy świdrowały moje ciało.
- Puść mnie!- krzyknęłam i zaczęłam się szarpać. On jednak ze stoickim spokojem się uśmiechną i przywarł do mnie całą powierzchnią swojego ciała, chowając głowę w zagłębienie pomiędzy moją szyją a ramieniem. Nie mogłam się ruszyć, nawet ciężko mi się oddychało pod jego ciężarem. Czułam się tak, jakby dokładnie chciał zapamiętać
zapach moich perfum. W końcu podniósł głowę i popatrzył mi prosto w oczy, a po chwili zjechał wzrokiem na dekolt. Nie wytrzymałam i uniosłam kolano, aby uderzyć go w krocze. On jednak był szybszy i złapał moją kończynę w połowie drogi do celu. Uśmiechnął się łobuzersko, po czym zwinnym ruchem odchylił moje kolano na bok i przywarł wargami do mojej szyi. Znowu unieruchomił mnie swoim ciałem, a jego ręka z powrotem chwyciła
mój nadgarstek, przyciskając go do ściany. Nie mogłam nic zrobić. Na szczęście ta chwila nie trwała długo. Chłopak gwałtownie puścił moje ręce i odsunął się ode mnie.
- Widzimy się później.- Powiedział i wyszedł drzwiami, których wcześniej nie zauważyłam. Jakieś pięć minut stałam i patrzyłam w nicość, dokładnie analizując to, co się przed chwilą wydarzyło. Roztrzęsiona podeszłam do moich rzeczy. Podniosłam buta, którego upuścił brunet. Spojrzałam na moje nadgarstki: były całe sine, i nie dało się nie zauważyć, białych

odcisków długich, męskich palców.

sobota, 16 sierpnia 2014

Wstęp

Hej :3
Kilka słów wstępu: opowiadanie jest mojego autorstwa, nie jest tłumaczone, czy coś. Wcielamy się w 18-letnią Grace (główna bohaterkę), która mieszka w Californi i ma zdolność przyciagania kłopotów.
Jak mozna zauważyć, blog jest jeszcze w "surowym" stanie, co postaram się szybko zmienić.
Przejdźmy może do krótkiego opisu bohaterów:

Grace Davids
Wiek: 18 lat
Zainteresowania: muzyka, deskorolka, taniec
Wzrost: 165 cm
Wyglad: niebieskie oczy, brązowe falowane włosy do łokci,
szczupła sylwetka.


Harry Styles
Wiek: 18 lat
Zainteresowania: koszykówka, śpiew
Wzrost: 178 cm
Wygląd: szmaragdowe oczy, włosy lekko kręcone,
zaczesane do góry, duże dłonie, kilka tatuaży na
klatce piersiowej i ramionach


Naill Horan
Wiek: 18 lat
Zainteresowania: gra na gitarze, śpiew
Wzrost: 176 cm
Wygląd: Błękitne oczy, blond włosy z ciemnymi odrostami
zaczesane do góry

Resztę bohaterów znajdziecie w zakładce "Bohaterowie".
Jeszcze kilka słów na temat dodawania rozdziałów: pierwszy rozdział pojawi się najprawdopodobniej jutro. Nie chcę wstawiać go dzisiaj, żeby nie zawalić was nawałem informacji ;3 Następne rozdziały nie będą dodawane regularnie, chociaż bedę się starać dodawać jeden raz w tygodniu. Ogólnie to mam na imię Ola i chyba powinnam o tym wspomnieć na samym początku :D
Czekajcie na pierwszy rozdział i zapraszam do wyrażania swoich opini w komentarzach ;)