Przepraszam za okropnie długa przerwę w blogowaniu, spowodowaną duża ilością nauki oraz moim lenistwem. Ogólnie w tym rozdziale doszła nowa postać ( w następnym tez będą) więc jeżeli jesteście ciekawi, kto jest kim, to wszystko macie w zakładce "Bohaterowie". Miłego czytania ;)
Dziękuję, że jesteś :* (zmiana koloru czcionki! :D )
Obudziłam
się o szóstej nad ranem. Mimo ciężkiej nocy, mój organizm nie odczuwał
zmęczenia. Leżałam kilka minut, czekając aż obudzę się do końca. Po jakiś 10
minutach ruszyłam w stronę łazienki. W high school miałam być dopiero na
dziewiątą, więc miałam jeszcze sporo czasu. Kiedy gorące krople wody spływały z
mojego ciała, myślałam o wczorajszej rozmowie z Aną w drzwiach mojego pokoju.
Czemu tak bardzo jej zależało żeby tata się dowiedział? Przecież to i tak nic
nie zmieni. Aha, no tak, zapomniałam; przecież Ana to Ana. Ona nie może dać
spokoju.
Pod
prysznicem spędziłam równą godzinę. Owinęłam się ręcznikiem, a mokre włosy
opadały mi na plecy. Już dawno planowałam je ściąć, były stanowczo za długie,
jednak nie miałam serca. Po prostu było mi ich szkoda. Wyciągnęłam z szafy
pierwszą lepszą bluzkę w kwiatowy wzór, do tego najzwyklejsze spodenki i vansy
we wzorze podobnym jak na bluzce. Nie starałam się wyglądać jakoś powalająco i
całkiem dobrze mi to wychodziło. Wróciłam do łazienki, gdzie po założeniu ubrań
zajęłam się suszeniem włosów. Włosy powoli zaczęły się skręcać na końcach, a
kiedy były już całkiem suche, powstały całkiem przyzwoicie wyglądające fale.
Postanowiłam zostawić je takimi, jakimi są. Delikatny trzyminutowy makijaż,
sprawił że małe wory pod oczami zniknęły, jak reszta niedoskonałości mojej
twarzy. Wróciłam do pokoju zabierając telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się
jedno nieodebrane połączenie od Niall’a. Natychmiast do niego oddzwoniłam.
- No
hej, co tam?- zapytałam, zaraz po tym, jak dźwięk sygnału zniknął.
-
Cześć. Dzwoniłem, żeby ci powiedzieć, że dzisiaj nie będę mógł Cię zabrać do
szkoły. Mam ważny wyjazd z mamą, nie będzie mnie dzisiaj w high school. – mówił
swoim lekko ochrypniętym głosem, w którym można było usłyszeć szczerą troskę.
Przytaknęłam, na co blondyn zaczął dramatyzować i gorąco mnie przepraszać.
Postanowiłam natychmiast mu przerwać.
-
Błagam Cię, daj spokój! Nie zachowuj się jak kobieta z okresem. Nie traktuj
mnie jako swój obowiązek. Nie chcę być nieuprzejma, ale mam już osiemnaście lat
i jakoś sobie poradzę.- powiedziałam z wyrzutem w głosie.
- Okej,
przekonałaś mnie.- powiedział, po czym szybko się pożegnaliśmy. Nim się
obejrzałam była już siódma trzydzieści, więc mogłam spokojnie zejść na
śniadanie, bez obawy, że kogoś obudzę. Gdy byłam na przedostatnim stopniu,
usłyszałam trzask drzwi wejściowych. Tylko jedna osoba w tym domu trzaska tak
głośno drzwiami.
Weszłam
do kuchni witając się z tatą, który kończył pić swoją kawę. Kiedy wyciągałam
jogurt z lodówki, niespodziewanie nawiązaliśmy konwersację.
-
Grace, mam wielką prośbę.- zaczął, po czym popatrzył na mnie swoimi niebieskimi
oczami. Uśmiechnęłam się lekko, na znak, że może kontynuować. – Chciałbym wam
dzisiaj kogoś przedstawić, kogoś, kogo Ty i Ana powinniście znać już dawno
temu, ale po prostu nie było okazji. Chciałbym przyprowadzić tego gościa
dzisiaj na obiad, ale…
- Ale
nie mamy nic do jedzenia i chciałbyś, żebym coś zdziałała.- oszczędziłam mu męki
przy proszeniu mnie o przygotowanie obiadu.
- Tak,
jeżeli to nie byłby kłopot…
-
Rodzina nigdy nie będzie dla mnie kłopotem. – odpowiedziałam, posyłając mu
ciepły uśmiech, co zaraz odwzajemnił. Wykorzystując mój wolny czas przed
szkołą, szukam sensownego przepisu na porządny obiad. Postanowiłam przygotować
latanię, chociażby dlatego, że to jedyne danie, które nadaje się na obiad i
potrafię to przyrządzić. Szybko zamówiłam potrzebne produkty, żeby nie biec po
szkole do sklepu. Kurier powinien dostarczyć wszystko zaraz po 14, czyli kiedy
już będę w domu. Kiedy spojrzałam na zegarek, była ósma, czyli musiałam
wychodzić, żeby złapać bus do szkoły. Zabrałam swoją torbę i klucze, po czym
wyszłam z domu i zaczęłam rozglądając się za małym autobusem.
Siedziałam
na siedzeniu obok okna, a licealiści przekrzykiwali się nawzajem. Podpierałam
ręką podbródek i patrzyłam jak drzewa uciekają mi sprzed oczu. Moje myśli wciąż
krążyły wokół porannej rozmowy z moim ojcem. Kogo chce nam przedstawić? Czy to
takie ważne, że musimy poznać tego kogoś u nas w domu, jedząc razem obiad?
Wydawało mi się to co najmniej dziwne.
Stanęłam
w kolejce do ciasnego wyjścia z busa, spokojnie czekając aż chmara moich
rozwrzeszczanych rówieśników wyjdzie przodem. Miałam jeszcze co najmniej
godzinę do zajęć, więc nie musiałam się śpieszyć. Z tego co się nauczyłam przez
ten miesiąc szkoły, za rogiem ulicy powinna być mała kawiarenka, do której
zamierzałam zajrzeć. Kiedy byłam jakieś pięć metrów od wejścia do kawiarni,
zobaczyłam wysokiego chłopaka z burzą loków na głowie. Mimowolnie tempo moich
kroków się zwiększyło. Popchnęłam szklane drzwi, które łatwo ustąpiły i
zaczęłam szukać dogodnego miejsca. W końcu dostrzegłam wolny stolik pod ścianą,
więc szybko go zajęłam. Ku mojemu zdziwieniu kelnerka błyskawicznie zjawiła się
obok mnie, pytając o zamówienie. Zdecydowałam się na herbatę z lodem, a
dziewczyna skrupulatnie notowała w swoim notesie wszystko, co zamówiłam. Kiedy
odeszła, usadowiłam się wygodniej na krześle. Było tutaj bardzo przytulnie,
mnóstwo licealistów stało w kolejce przy ladzie, co chwilę rzucając chciwe
spojrzenie na zajęte stoliki. Nie wiem jakim cudem udało mi się usiąść w takim
tłumie ludzi. Odwróciłam głowę, słysząc ponowne pchnięcie drzwi, które aż zaskrzypiały
w odwecie. W końcu zauważyłam znane mi loki. Odwróciłam wzrok w panice.
Zaczęłam bawić się serwetką na stoliku, aby tylko nie spojrzeć w stronę drzwi.
Spuściłam wzrok na ziemię, kiedy usłyszałam zbliżające się kroki. Dlaczego
nagle cała zaczęłam się trząść? Co się dzieje?!
Już
parę sekund później, białe conversy przemknęły obok, zajmując miejsce
naprzeciwko mnie. Słysząc lekkie szurnięcie krzesła, spowodowane jego nagłym
przysunięciem bliżej stołu, podniosłam wzrok. Moje oczy spotkały jego, co
odebrało mi 75% mojej odwagi, na której nadmiar nie narzekałam. Nie wiedziałam
co zrobić ani co powiedzieć, dlatego dalej patrzyłam mu w oczy, dzielnie
zmagając się z jego spojrzeniem. Nie wyglądał na osobę, która ma zamiar
nawiązać jakąkolwiek konwersacje. Szybko się odezwałam, gdy jego oczy zaczęły
się rozszerzać. To tak, jakby bawił się ze mną w „kto pierwszy mrugnie”.
- Czego
chcesz?- zapytałam z największą ilością jadu w głosie, na jaką było mnie stać.
- Nie
musisz mi psuć poranka swoimi nieudanymi sarkazmami.- w jego głosie wyraźnie
słyszałam kpinę, ale nie chciałam odpuścić.
- Wypraszam
sobie. Ja nie przychodzę do czyjegoś domu i nie całuję się z kim popadnie.-
powiedziałam, dumna z tego, że mam dzisiaj wyjątkowo udany dzień. Do tej pory
udało mi się odepchnąć strach na bok, a zająć się istotnymi teraz sarkazmami.
- Dalej
rozpamiętujesz tę drobnostkę?- uśmiechnął się, nie spuszczając ze mnie wzroku.-
Nie łatwiej by było po prostu skończyć ta dziecinadę?- najwyraźniej czekał z zainteresowaniem na moją reakcję. Co
on sobie myślał?! Że niby ja jestem wszystkiemu winna?!
- Co ty
sobie do cholery wyobrażasz?!- mój ton głosu podniósł się o kilka decybeli.-
Jesteś co najmniej bezczelny!- powiedziałam, a moja ręka samoczynnie ścisnęła
serwetkę. Jego uśmiech rósł z sekundy na sekundę. W końcu się odezwał.
- Wiem
o tym. Ty też taka jesteś.- mówił nachylając się lekko w moją stronę, tak, żeby
nikt nas nie usłyszał.- Przecież widziałam, jak patrzyłam na mnie na lunch’u.-
powiedział mrugając do mnie jednym okiem. Nie wytrzymałam. Moje dłonie
zacisnęły się mocno na blacie stolika, który zadrżał pod siła mojego uścisku.
- Nie.
Nie wywracaj kota ogonem i nie mów mi, że jestem taka jak Ty, bo to nie
prawda!- mój głos stopniowo przechodził w krzyk. Kilka głów odwróciło się w
naszą stronę, kiedy ze złością wyrażałam swoja opinię na temat zaistniałej
sytuacji. Zignorowałam to patrząc prosto w oczy człowieka, którego w tej chwili
tak bardzo nienawidziłam. Ogólnie bardzo go nienawidziłam. On natomiast, w
przeciwieństwie do mnie, odwrócił się w stronę zerkających na nas ludzi i po
zorientowaniu się w sytuacji, powrócił do mnie wzrokiem, z uśmiechem jeszcze
większym, niż na początku naszego spotkania.
-
Chcesz się ze mną kłócić, czy po prostu wyjdziemy i załatwimy tę sprawę w nieco
bardziej łagodny sposób, z nutką erotycznego podtekstu?- zapytał znów mrugając
do mnie, na co wstałam oburzona jego słowami.
- Co Ty
sobie do cholery wyobrażasz?! Skąd się wzięła u Ciebie tak wysoka samoocena?! –
krzyczałam, żywo gestykulując rękami. Teraz praktycznie wszyscy patrzyli w
naszym kierunku, myśląc zapewne, że jest wariatką po przejściach, ale wtedy
mnie to nie obchodziło. Najchętniej podeszłabym do palanta, siedzącego
naprzeciw mnie i uderzyła go w twarz, tak, że, jego uśmiech wyparowałby natychmiast.
On odwrócił się w stronę naszej „widowni” odpowiadając głosem nienaturalnie
cichym, w porównaniu do mojego:
- Nie
rób mi scen, w mojej ulubionej kawiarni.- Tego było już za wiele. Wściekła
wyciągnęłam z torby portfel, rzucając pieniędzmi o stół, w możliwie szybkim tempie.
Ostatni raz rzuciłam mu przesycone ostrością spojrzenie, po czym wybiegłam z
kawiarni. Łzy powoli zaczęły zbierać się w kącikach moich oczu. Byłam naprawdę
mocno wkurzona, a do tego on zwalił na mnie poczucie winy, za to wszystko.
Nieświadomie napotkałam przeszkodę na mojej drodze ucieczki jak najdalej stąd.
Książki owej przeszkody upadły na ziemię, a ja nie miałam serca zostawić jej
samej. Szybko pochyliłam się, aby pozbierać wszystko, co spadło na ziemię, a
moje łzy zaczęły powoli zalewać notatki leżące przede mną. Po chwili obok
zauważyłam długie, brązowe włosy.
-
Przepraszam…- mówiłam pociągając nosem. Chciałam po prostu jak najszybciej posprzątać
bałagan który narobiłam i wracać do domu. Po chwili krótkie „Nie ma sprawy” dostało
się do moich zatkanych ciśnieniem uszu. Kiedy podniosłam już wszystkie rzeczy,
zwróciłam je właścicielce i już miałam biec dalej kiedy…
- Hej,
zaczekaj! Co jest? Mam na imię Amber, a ty?